Lenovo Yoga 730-15 to sprzęt, którego nigdy bym nie kupił, ale…

Lenovo Yoga 730-15 to sprzęt, którego nigdy bym nie kupił, ale…

Za nic nie kupiłbym 15-calowej Yogi od Lenovo, ale… gdybym mógł to już bym jej nie odsyłał!

Na początku muszę się do czegoś przyznać, raczej kiepski ze mnie recenzent komputerów. Kiedyś może i kręciłoby mnie jakie wyniki osiągnie ten sprzęt w benchmarkach, do jakich temperatur dobije i czy mogę „wcisnąć guzik Turbo i czy to w ogóle coś daje?!” (gimby nie znajo!), ale teraz jakoś mnie to nie jara. To znajdziecie w innych miejscach.

Ja po prostu lubię korzystać ze sprzętu i lubię o tym pisać.

Za duża, za mocna, za głośna…

Seria Yoga od Lenovo występuje w kilku rozmiarach, a mi trafił się największy, bo 15-calowy. Z jednej strony fajnie, ponieważ w większości używałem go w domu, więc większy = lepszy (ekran), ale sam osobiście postawiłbym go na końcu mojej listy marzeń. Coraz częściej zdarza mi się potrzebować komputera mobilnie i w takich sytuacja 13-14-calowy notebook sprawdza się po prostu dużo lepiej.

Nie może to być jednak powód to specjalnego narzekania, gdyż Yoga 730 ma małe ramki wokół ekranu, a jej waga to mniej niż 2 kg. Na sprzęt z topową specyfikacją to naprawdę świetny wynik.

No dobra – bebechy, czyli co tyle waży?

Testowana Yoga jest również dla mnie za mocna, gdyż dostałem konfigurację z i7-8550u, kartą graficzną GeForce GTX 1050 oraz 16 GB pamięci RAM. To elementy, które dla mnie podnoszą cenę, przez co zmniejszają atrakcyjność sprzętu (i tak nie jestem w stanie tego wykorzystać na co dzień), ale dla osób zajmujących się grafiką czy obróbką filmów to może być sensowne minimum.

Z tego miejsca mogę śmiało powiedzieć, że przy moich podstawowych zastosowaniach (głównie praca w przeglądarkach) nie miałem nawet ani jednej możliwości, żeby ponarzekać na brak mocy. No i nowe gry też można odpalić, co czasem się przydaje.

Tak naprawdę, marudzę nieco na siłę, ponieważ jedynym bezsprzecznym minusem jest głośność samego sprzętu. Nawet podczas mojej mało wymagającej pracy regularnie uruchamiały się wiatraki, które burzyły harmonię i spokój. Zrozumiałbym, gdyby kręciły się one przy grach czy bardziej zaawansowanych zadaniach, ale nawet kilkanaście kart w Chrome potrafiło porządnie je obudzić. To mi trochę przeszkadzało, ponieważ lubię pracować wieczorami, a słuchawki nie zawsze są wyjściem.

Zanim skończę muszę wspomnieć, że brakowało mi klawiatury numerycznej. Rozumiem czemu jej nie ma (małe wymiary notebooka), ale jednak gdybym kupowałbym 15-calowy sprzęt, wolałbym mieć ten dodatek.

No dobra, koniec tego narzekania, czas pogadać o zaletach!

…ale i tak chętnie zostawiłbym ją sobie na dłużej!

Lenovo Yoga to przede wszystkim sprzęt, który jest świetnie wykonany i fenomenalnie się prezentuje. Takie produkty jak ten przeznaczone są dla konkretnej grupy odbiorców, jak projektanci, graficy, montażyści, fotografowie itp. Wielu z nich to freelancerzy, co oznacza, że pracują sami na siebie i regularnie spotykają się z klientami.

Możecie uznać to za głupie, ale ludzie bardzo zwracają uwagę na to jak prezentuje się druga strona. Gdybym miał w zatrudnić jednego z dwóch grafików o podobnych umiejętnościach i jeden na spotkanie przyszedłby z taką Yogą, a drugi z jakimś starociem, prawdopodobnie ten pierwszy dostałby ode mnie na starcie plusa. W takich zawodach prezentacja swojej osoby to często mieć albo nie mieć zlecenia, więc warto zadbać o wszelkie szczegóły. Może trochę wyolbrzymiam, ale jestem pewien, że tylko trochę.

No i solidnie wykonany sprzęt to większe bezpieczeństwo, że wytrzyma nieco dłużej niż 2 lata i 1 dzień.

Dodać w tym miejscu muszę, że Lenovo robi bardzo dużo komputerów i te z niższej półki często nie grzeszą jakością wykonania, ale akurat droższe Yogi tego problemu nie mają. Tutaj jest i ładnie i solidnie!

Czymś co doceni każdy, jest dysk SSD NVMe. W testowanym przeze mnie komputerze jest on produkcji Samsunga, a jeśli chodzi o pamięci to jestem ogromnym fanem koreańskiej firmy. Ich rozwiązania nie są najtańsze na rynku, ale są moim zdaniem najlepsze. Co równie ważne, nie dość że ma on 500 GB pojemności, to jest jeszcze cholernie szybki (znalazłem info, że ten dysk może śmigać nawet tak – 3000/1800 MB/s). Czy w tej kwestii potrzeba czegoś więcej? Nie wydaje mi się!

Kolejną zaletą może być dotykowy ekran. Piszę „może być”, ponieważ sam panel jest fajnym dodatkiem, ale razem z dotykiem dochodzi inny parametr, który już taki dobry nie jest – matryca błyszcząca.

Korzystałem przez kilka lat z małej hybrydy z dotykiem oraz błyszczącą matrycą i jakoś dało się na tym pracować, ale teraz nie kupiłbym już takiego sprzętu. Zakładam, że w najbliższej przyszłości będę chciał regularnie używać notebooka w podróży, a przy takim zastosowaniu matryca matowa to nieoceniony atut. Przykro mi Yogo, ale mnie do siebie nie przekonasz.

Na szczęście dla Lenovo, ta Yoga niekoniecznie jest przeznaczona dla mnie. Taki sprzęt widzę raczej w rękach freelancera lub pracownika korporacji, który musi coś na nim zaprojektować, przygotować jakieś tabelki czy pokazać sprawozdanie.

Mając Yogę 730 wystarczy obrócić ekran i zrobić z niego tablet (lub tzw. namiot) i pokazać co tylko nam się zamarzy. W takich sytuacjach dotykowy panel wydaje się być nieocenionym atutem i nawet nie zamierzam się z tym kłócić. Jeśli kiedyś będę pracować podobnie i spotkania biznesowe będą moją codziennością to poważnie zastanowię się nad zakupem czegoś z takim właśnie wyświetlaczem.

No i matryce błyszczące przeważnie nieco lepiej oddają kolory, co dla branży kreatywnej może być dodatkowym atutem.

Już chciałem kończyć, a Yoga 730 ma przecież w zestawie rysik! Może i nie korzystałem z niego specjalnie namiętnie (przy Samsungu Note 9 również byłem mocno „nierysikowy”, więc to chyba bardziej moja wina, niż samego sprzętu), ale nie dość, że jest, to jeszcze działa bardzo fajnie. Niestety przez mój brak talentu artystycznego oraz dojrzałość 12-latka, nie mogę pokazać Wam większości obrazów jakie udało mi się stworzyć na tym Lenovo. Tylko jeden się uchowała…

Lenovo Yoga 730 to sprzęt nie dla mnie, ale i tak się polubiliśmy!

Napisałem już chyba wszystko o tej Yodze, więc swoiste podsumowanie i kilka zdjęć, znajdziecie na moim Instagramie:

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Konrad Błaszak (@samurajkonrad)