SamurajMedia.pl

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear Wireless prezentują się świetnie, ale czy poza walorami wizualnymi mogą czymś jeszcze do siebie przekonać? No cóż, odpowiedź nie jest już taka jednoznaczna. 

Pisałem Wam ostatnio, że Szenszajner Sennheiser zgłosił się do mnie z dwoma parami słuchawek. Najpierw sprawdziłem model Urbanite i w sumie bardzo przypadły mi do gustu, a ponieważ Momentum On-Ear Wireless to sprzęt z wyższej klasy, powinien mnie zachwycić mnie zdecydowanie bardziej, ale czy tak się stało?

Wizualnie znowu jest bardzo dobrze!

Przed testami tych słuchawek, nie miałem specjalnie dużo wspólnego z firmą Sennheiser. Oczywiście znałem ją, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek miał jakiś jej sprzęt. Z jednej strony szkoda, bo miałbym do czego porównywać, ale z drugiej dobrze, ponieważ mogę całkowicie na chłodno ocenić ich produkty, bez żadnych sympatii czy antypatii.

I tak zupełnie szczerze mogę powiedzieć, że wizualnie cholernie podobają mi się ich produkty. Są zdecydowanie inne niż to co oferuje konkurencja, a w czasach, gdy wszystko jest robione na jedno kopyto, wyróżnienie się z tłumu bywa na wagę złota.

Sennheiser Momentum On-Ear Wireless bez wątpienia prezentują się niezwykle elegancko. Nauszniki są w kolorze kości słoniowej, ich wewnętrzna część oraz pałąk to brąz, a smaczku dodają jeszcze stalowe elementy. Zdecydowanie nie można przejść koło ich obojętnie.

Jeśli chodzi o jakość wykonania, tutaj również nie mogę specjalnie narzekać. Wszystko wygląda solidnie i zostało zrobione z dobrych materiałów, a dodatki jak aluminiowa plakietka z napisem MOMENTUM czy trzy wypukłe kropki na lewej słuchawce są niesamowicie miłym akcentem. Pisałem to ostatnio, napiszę to i teraz – widać, że ktoś się naprawdę przyłożył do produkcji tych słuchawek.

Jedyne „ale” jakie mam dotyczy przełącznika głośności na słuchawce. Na razie jest z nim wszystko w porządku, ale mam cholernie mocne wrażenie, że w ciągu dwóch lat nie będzie pracować już tak dobrze. Jest on na tyle delikatny, że po jakimś czasie mogą pojawić się jakieś luzy. Jego plusem jest funkcjonalność, ponieważ oprócz sterowania głośnością, możemy chociażby wybrać ponownie ostatnie połączenie.

Razem ze słuchawkami dostajemy zestaw kabli, woreczek i etui. Fajne dodatki, za co należy się dużo plus.

No dobra, ale jak one grają?!

Pisałem już, że żaden ze mnie audiofil. Nie będę nawet udawać, że jest inaczej. Muzyki słucham sporo, ale zdecydowana większość słuchawek ze średniej półki oferuje jakość, która mi odpowiada. Testując model Sennheiser Momentum On-Ear Wireless sprawdziłem również Sennheisery Urbanite oraz moje Sony MDR-XB950. Mówiąc całkiem uczciwie, nie słyszałem między nimi dużej różnicy w jakości audio (w tym momencie znawcy rynku audio wychodzą z bloga plując na ekran…). Nie chciałbym obstawiać najlepszych, ponieważ grają one trochę inaczej i sam nie wiem, które odpowiadają mi bardziej. Soniacze wydają się bardziej basowe, za to Monumentum są głośniejsze, ale tego basu jest mniej. Tak mi się wydaje.

Mimo tego, każdych mógłbym używać jako mojego zestawu na co dzień (jeśli chodzi o audio, Sennheisery są nieco za małe).

Dodatkowym atutem tego modelu jest „hybrydowy system aktywnej redukcji szumów NoiseGard” (ten fragment wziąłem ze strony producenta), który daje radę, ale… w testowanych przeze mnie słuchawkach Sony WH-1000XM2 było po prostu lepiej. W Momentum’ach słychać wyraźnie mniej hałasów po ich włączeniu, a po odpaleniu muzyki można się całkiem skutecznie odciąć od świata zewnętrznego, ale tutaj wkraczają na scenę wspomniane wcześniej Soniacze.

Czy warto? No właśnie…

Mam wrażenie, że nie do końca. Cena wspomnianych słuchawek Sony WH-1000XM2 wynosi około 1100-1200 złotych (a w różnych promocjach można je dorwać za 999 złotych), a za Momentum On-Ear Wireless trzeba wyłożyć jakieś 1000-1100 złotych. Mówiąc całkiem uczciwie, ja wolałbym dorzucić te stówkę, ponieważ japoński produkt jest dla mnie dużo wygodniejszy, a jego tłumienie hałasów jest na sporo lepszym poziomie. Ciężko mi ocenić audio, ale jak mnie pamięć nie myli, również bardziej by mi przydało do gustu to w Sony.

Sennheisery nie są złym wyborem, ponieważ wyglądają świetnie i są niezwykle kompaktowe, przez co zabranie ich w jakąkolwiek podróż – czy to do szkoły, czy to na drugi koniec świata – będzie bezproblemowe, ale dla mnie to nie są słuchawki, za które dałbym tysiąc złotych.

P.S. Muszę też dodać, że przy parowaniu nie mogliśmy się zgrać. Korzystając tylko z Bluetooth za nic nie mogłem ich znaleźć, musiałem sobie pomóc NFC. Znajomemu udało się to zrobić od razu, więc może po prostu ja im nie przypadłem do gustu.

Bloguję od kilku lat, a po licznych perypetiach i dziesiątkach blogów zostałem Szklanym Samurajem. Piszę tu głównie o smartfonach, ale i inne technologiczne tematy nie są mi straszne.

Next Post